Pi-NK CITY I OKOLICE

pink city malePoszukiwanie Dobrej Karmy obejmowało także lot wewnętrznymi liniami indyjskiego królestwa. Największą atrakcją tego elementu podróży okazał się pasażer wydobywający ze swoich głębin niezwykle nęcące dla receptorów słuchowych dźwięki. Był to czas gdy Pi poznała uroki tradycyjnych metod oczyszczania zatok – charczenia (Sinus Rinse z pewnością nie spełnia tych funkcji z taką precyzją). Maharaja polubił ten zwyczaj, lecz, ku radości Pi, naśladownictwo wychodziło mu dosyć nieudolnie. Prawdopodobnie planował treningi w zaciszu swojego domostwa i być może w przyszłości dorówna pierwowzorowi.

szary domNieugięci i pełni zapału do kontynuowania wyprawy, dotarli do Jaipuru. Ponieważ ciągle nie podupadli na zdrowiu i nie zaliczyli porządnego nieżytu żołądkowo-jelitowego, zamarzyła im się kolacja. W tym celu udali się na zwiedzanie urokliwych uliczek Jaipuru, które niemal odstraszały przygnębiającą szarością i prostotą. Po kilku godzinach spaceru stracili nadzieję na wyśmienity posiłek, szczęśliwie jednak ich, nieco przymykającym się już ze zmęczenia, oczom ukazała się imponująca knajpa urządzona w industrialnym stylu (niestety Pi nie pamięta jej nazwy). Każdy Jpegelement przywoływał na myśl fabrykę przetwórstwa trzcinowego albo stare kotłownie lub maszynownie z ciężkimi korbami, spiralami i tłokami. Wszystko to ubarwione zostało ciepłym światłem, które odbijało się w wypolerowanych na błysk ruchach gabarytowo zbliżonych do rur kanalizacyjnych. Pomimo tych przemysłowych skojarzeń, jedzenie zachwyciło podniebienia. Była to zapowiedź, czekających na nich w następnych dniach, niezapomnianych kulturowych i architektonicznych wrażeń.

obserwatoriumPrzyszedł czas na zwiedzanie różowego miasta. Pośmigali tuktukiem; poszwendali po zupełnie niepodobnym do bollywoodzkich alejek, ulicami; odnaleźli najstarsze obserwatorium astronomiczne; ochoczo przeparadowali w towarzystwie odświętnie przyozdobionych słoni. Mieli także kolejną okazję, by wleźć w gówno i skorzystali z tej możliwości aż zbyt ochoczo. Mimo to, każda chwila wprawiała ich w euforyczny nastrój, który podsycony został dopiero następnego dnia.

JpegPrzyszedł czas na zwiedzanie niesamowitej fortyfikacji Amber Fort. Ponownie skorzystali z niewolniczych usług pana Tuktuka. Już na początku przeżyli niesamowitą przyjemność na wyboistej drodze do architektonicznego zabytku, aż dziwne, że nie doświadczyli choroby wibracyjnej. Dotarli do bram fortyfikacji.

JpegŻadne z nich nie przejęło się utyskiwaniem ekologów i za nic mieli słabe zdrowie tyrających tu słoni. Zawód lekarza skutecznie utemperował ich zbyt rozrzutne szastanie empatią. Wleźli na grzbiety infantylnie wymalowanych słoni i delektowali się rytmicznym kołysaniem w drodze do fortu. Żadne z nich nie wpadło jednak na pomysł, by strzelić sobie selfie z trąbą. Monumentalna fortyfikacja zapierała dech w piersiach, pozwalała na fantazyjne przeniesienie się do czasów powstawania budowli. Imponujące elementy architektoniczne jaskrawo mieniły się w promieniach idealnie ulokowanego na niebie słońca. Mieli okazję delektować się urokami wewnętrznych ogrodów, których zieleń i ozdobna roślinność wypielęgnowane były tak, jakby niechlujny świat poza murami, zupełnie nie istniał. Tutaj znajdowali się w innej epoce.

dawaj kaseGdyby nie drobne niedociągnięcia kulturowe, zachwyt, który ich tam pochłonął, mógłby wywołać mdłości. Nie po raz pierwszy przekonali się, że w Indiach wszystko jest tanie jak barszcz (a raczej jak samosa), wręcz za darmo, ale jednocześnie za wszystko trzeba płacić. Nawet, odpicowane jak stróże w Boże Ciało, konserwatorki powierzchni płaskich, za uwiecznienie ich na wątpliwej urody zdjęciu, domagały się sowitej zapłaty. Tym sposobem Pi i Maharaja kilkukrotnie mieli okazję wyskoczyć z gotówki. Zupełnie nie zraziło to ich do dalszych, skrupulatnie zaplanowanych przy Magic Moments, eskapad.

z malpaPrzyszedł czas na odwiedzenie Świątyni Małp, która swoją orientalną nazwą zapraszała spragnionych zoologicznych wrażeń podróżników. Cel miał być na skraju wzniesienia, a wijąca się zboczem droga bogata była w, przechadzającą się tam swawolnie, zwierzynę. Oczywiście dominowali przodkowie Pi i Ma, ale trzeba przyznać, że uzurpowali sobie oni zbyt duże prawa do każdego drobiazgu, który choć odrobinę wystawał z odzienia zdobywców Świątyni Małp. Mimo tego, ani przez chwilę nie wątpili w zasadność nieco uciążliwej wspinaczki. Po kilkudziesięciu, a może tylko kilkunastu minutach, znaleźli się u wejścia do budowli, która niewątpliwie była świątynią. Niezmiernie ucieszyli się z faktu, że droga nie okazała się aż tak długa, jak zapowiadał pan Tuktuk. Weszli do świątyni, i choć żal przyznać, to byli nieznacznie rozczarowanie. O ile po drodze przechadzały się stada małp, to w owej świątyni nie dopatrzyli się ani jednej z nich. Jak każdy inteligentny człowiek, pogodzili się z tą myślą i zachwyceni samym faktem obcowania z wyniośle nazwaną świątynią poczuli odrobinę satysfakcji. Oczywiści nie zabrakło namaszczenia czoła pomarańczową substancją i błogosławieństwa za tak zwaną Dobrą Karmę, w rzeczywistości będącą Niezłą Kasą. Wstyd przyznać, ale, jak się później okazało, Świątynia Małp znajdowała się jeszcze hen hen za pagórkiem. O tym podróżnicy dowiedzieli się później, na tyle późno, że odwiedzenie tejże świątyni stało się jedynie fantazją.

Jako, że fantazja nie opuszczała zarówno Pi, jak i Maharadzę dni spędzone w Jaipurze i jego przedmieściach wyryły w pamięci wspomnienia, których w pełni i tak się nie sposób przytoczyć.