Pi-rfekcyjna Pani Domu w Indiach

balaganUtrzymywanie porządku wokół własnej osoby zawsze było dla Pi ogromnym wyzwaniem. Od dzieciństwa wpajano jej, że ład jest najlepszą formą harmonii z otoczeniem i jego regularne wprowadzanie w życie materialne i duchowe działa cuda. W ten pierwszy aspekt była w stanie uwierzyć, więc wielokrotnie podejmowała próby generalnego sprzątania – prawdopodobnie żadna nie zakończyła się pełnym sukcesem. Niestety ład mentalny był jej całkowicie obcy, niemal tak jak nefropatie, choroby metaboliczne oraz zaburzenia gospodarki wapniowo-fosforanowej.

Porządek w pokoju, potem już we własnych czterech kątach, sprawiał jej tyle samo problemu co uzupełnianie szpitalnej dokumentacji medycznej, lecz akurat w tym miała całą rzeszę konkurentów i nie czuła wielkiej presji by zrewolucjonizować sposób klejenia historii chorób – do dziś rozbebeszone skrupulatnie odkłada na półkę.

Wobec pedantycznych zachowań Pi, podróż do Indii wydawała się strzałem w dziesiątkę. Wreszcie mogła się tam nauczyć dbania o porządek. Do wyjazdu była doskonale przygotowana merytorycznie. Wiedziała już, że spacery ulicami indyjskich metropolii i przedmieść bogate będą w estetyczne doznania.

Gdy Pi i Maharaja dotarli do pierwszego celu, Bombaju, ze zdumieniem spojrzeli na ukwiecone, lśniące i wysycone błyskotkami lotnisko. Pi zaczęła się nawet zastanawiać czy nie została zrobiona w Świętą Krowę z tymi “niby” Indiami. Na szczęście rozczarowanie nie trwało długo. Wystarczyło minąć mury lotniska, by ujrzeć te prawdziwe, odarte z estetycznych konwenansów widoki, których nigdy nie uświadczy się w bollywoodzkiej produkcji.

Bombaj zachwycił, a nawet uwiódł i zaczarował wyobraźnię Pi. Ulice pełne kontrastów, pierwsze zetknięcie z nowym światem, pierwsza samosa, pierwsze orzeszki skubane z gazety, pierwszy orzeźwiający napój lassi, pierwszy smrodek fekaliów ulicznych i pierwsze wścibskie spojrzenia „obcych”. To wszystko zapadło w pamięci i wyryło w niej trwały ślad.. Fascynujące wieczorne pochody ku chwale Shiwy, śpiewy i wprawiające w trans tańce przepełniały myśli i pozwalały chłonąć nowo poznaną kulturą, choć o kulturę trzeba było czasami powalczyć.

Ulice Bombayu, podobnie, jak i każdego odwiedzonego przez PiMa miasta, niemal szczelnie wyścielone były kotłującymi się w cuchnącej brei odchodów, ścieków oraz resztek jedzenia śmieciami. Śmiecie to nawet zbyt wyrafinowane słowo. Na chodnikach znaleźć można było wszystko, nawet to czego ujrzeć nikt by tam nie chciał. Jeśli ktoś jedzie do Indii po to by chodzić z wysoko uniesioną głową i patrzeć na wszystkich z góry, ma zagwarantowane wdepnięcie w to, co potem wydłubuje się patyczkiem. W Indiach trzeba poruszać się z pokorą, z lekko opuszczoną brodą, tak by ważyć każdy krok i zerkać czy nie stąpa się po grząskim gruncie.

PiMa, mając na uwadze swoje waleczne usposobienie, ogłosili konkurs: kto pierwszy wdepnie w kupę. Jakże byli zażenowani zbyt szybkim jego rozstrzygnięciem… Postanowili zmienić kryteria wyłonienia zwycięzcy: kto więcej razy wejdzie w kupę… Ubaw przy tym mieli taki, że rozstrzygnięcie konkursu przestało być istotne, a każdy kolejny epizod przynosił spastyczność mięśni przepony.

PiMa codziennie starali się wprowadzać w Indiach polskie zwyczaje śmieciowe. Niekiedy przez wiele kilometrów, dzielnie dzierżąc w dłoniach odpadki poszukiwali kosza – zazwyczaj bezskutecznie. Kosze w Indiach jakby nie istniały, a jeśli choć jeden został znaleziony, to można było mieć pewność, że jego wnętrze nigdy nie zostanie opróżnione i zacznie rozlewać się po otoczeniu.

Po kilku dniach PiMa przyzwyczaili się do beztroskiego porzucania na ulicy papierków, skórek od bananów, butelek i chusteczek. Bali się tylko, że przeniosą te zwyczaje do swojego rodzinnego kraju i poszerzą grono uczestników programu Perfekcyjna Pani Domu.

Maharaja wciąż miał problemy ze stosowaniem się do zasad czystości panujących w Krainie Dobrej Karmy. Pi, jak wszyscy wiedzą, łatwo adaptuje się do nowych warunków i z przyjemnością wkracza w nieznane sobie środowisko nawiązując nowe relacje z obcymi. Z indyjskimi warunkami życia poradziła więc sobie doskonale. Już od pierwszych chwil wiedziała, jak rozpakować swój wypchany po brzegi plecak w taki sposób, by jego zawartość zajęła jak największą powierzchnię hotelowego pokoju i w sposób najbardziej dokuczliwy utrudniała poruszanie się po nim. Nazwała to optymalizacją zagospodarowania przestrzeni. Równie dobrze radziła sobie z rozmieszczaniem swoich kosmetyków w łazience. Maharaja niestety nie wykazywał się w tej kwestii wyrozumiałością. Złośliwie trzymał swoje rzeczy w niegnanym porządku w ścisłym sąsiedztwie swojego plecaka.

To był tylko przedsmak atmosfery nieładu, która w kolejnych dwóch tygodniach towarzyszyła wyprawie po Dobrą Karmę.

 I love India!